niedziela, 6 lipca 2014

Niedziela, ach niedziela ....



 Dzisiaj udało mi się nawet bez trudu wyciągnąć męża z łóżka
(oj zapewniam, że  czasem jest to bardzo żmudne i ryzykowne wręcz zadanie).

Pogoda piękna, słoneczna więc "mówię" wstawaj śpochuuuuuuu!!!!!! Uff - udało się.

Poszliśmy rano na krótki spacerek nad jeziorko, ja troszkę popływałam
i potem do sklepiku po świeżutkie bułeczki i pomidorki.


   P
rzygotowaliśmy wspólne pyszne śniadanko:  tradycyjnie ja zrobiłam sałatkę z pomidorków, tata ugotował jajeczka na miękko  a Aga zrobiła koktajl mleczny bananowo-truskawkowyi pomogła Tinie nakryć do stołu.

A Kuba jako, że ma problemy z wczesnym wstawaniem (po tatusiu) jadł później
 i sprzątał po śniadanku.

  No i oczywiście śniadanko jak to latem w ogródku.

























Po śniadanku pojechaliśmy na rowerach  na wycieczkę do lasu i co?Wróciliśmy z łupem - tzn. przywieźliśmy sobie jagody - oczywiście, że nazbieraliśmy je sami.

Przywieźliśmy w sumie około 4 litrów, tak więc wzbogaciliśmy się na leśnym runie o jakieś 40 zł.




No  a skoro już rodzinka nazbierała tych jagódek to należy im się nagroda, prawda?
To proszę do kawki torcik bezowy ze śmietaną i jagodami. (spód kupiony w pobliskiej cukierni)








i jeszcze francuskie zapiekane z jagodami
- wiem wygląda bardziej jak krwisty befsztyk (chyba tak się to pisze)
- nie mniej było przepyszne. (ciasto gotowe - z marketu niestety, ale o ile szybciej i wygodniej)




Wieczorem - starczyło jeszcze na koktajl jagodowy.




I kilka słoiczków dżemu jagodowego.